Duszpastersto akademickie Studnia - [www.da.sulechow.net]

Menu

 
home
o nas
kalendarz
peregrynacja ikony Matki Bożej
Stowarzyszenie Europejskie Centrum Wolontariatu
Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę
galeria
forum
download
linki
plan zajęć PWSZ

Dodaj stronę do ulubionych

Relacja z XXIII Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę



Był taki czas, kiedy ludzie
nie przestawali wędrować.
Otoczeni stadami szli tam, gdzie ich wołał urodzaj:
tam, gdzie ziemia jak żyzna matka
zdolna była wykarmić zwierzęta,
tam i człowiek rozbijał namioty,
zaczynał mieszkać.
/.../
My dzisiaj właśnie do tych miejsc powracamy,
tędy bowiem przyszedł kiedyś Bóg do Abrahama.
Do Abrahama, który uwierzył, Przyszedł Bóg".
/Jan Paweł II, Tryptyk Rzymski/



Od 23 lat, każdego drugiego dnia sierpnia z Zielonej Góry wyrusza piesza pielgrzymka zmierzająca ku Sanktuarium Maryjnemu na Jasnej Górze. Już rok temu w mojej głowie zrodziła się myśl, aby uczestniczyć w tym jakże niezwykłym wydarzeniu. Miałam jednak wiele obaw: "Czy dam sobie radę?!", "Czy wytrzymam?, "Czy jestem w ogóle gotowa do uczestnictwa?!". Tych wątpliwości było za dużo. Ja po prostu wtedy nie dojrzałam do podjęcia takiej decyzji. Nie było sensu, aby pójść tak o, dla samego przejścia, nie będąc do końca świadomym wagi i wartości tego wydarzenia.
Przyszedł nowy rok szkolny i razem z nim największa tragedia w moim życiu- nagła śmierć jedynego, ukochanego dziadka. Strata bliskiej osoby zmieniła nieco moje spojrzenie na pewne sprawy. Zrozumiałam po co i dlaczego iść, wiedziałam w jakich intencjach podążać. Poczułam, że tam będę mogła "wyszlifować" swoją duszę, pozbyć się denerwujących mnie wad. Pielgrzymka wydawała mi się sprawą bezgranicznego zaufania Bogu i powierzenia Mu wszystkich spraw i osób mi bliskich. Byłam pewna, że chcę podjąć się trudu, ale jednocześnie wielkiego zaszczytu, jakim jest właśnie pielgrzymowanie. Okazało się, że chętna na spędzenie w ten sposób wakacji jest moja koleżanka Dorota. Wiele opowiadał mi także mój kolega - Błażej. Jego opowieści sprawiały, że "głód pielgrzymowania" rósł z dnia na dzień. Z wielką niecierpliwością oczekiwałam, kiedy księża zaczną informować parafian o pielgrzymce. No i się doczekałam. Na Mszach Akademickich ksiądz Krzysztof Kocz dużo mówił o sztuce pielgrzymowania. Zachęcał, radził, dzielił się doświadczeniem z ludźmi takimi jak ja, którzy zamierzali wyruszyć pierwszy raz. Zapisałam się. Oprócz Doroty zgłosiły się także moje trzy inne przyjaciółki.I wprost nie mogłam doczekać się tej magicznej daty - 2 sierpnia. Chyba nigdy w życiu nie chciałam, żeby lipcowe, wakacyjne dni minęły tak szybko…
31 lipca odbyło się spotkanie przedpielgrzymkowe. Ksiądz Krzysztof Kocz udzielił ostatnich rad, otrzymaliśmy książeczki pielgrzymów. Mój plecak od dawna był spakowany, ponieważ skorzystałam z wielu praktycznych rad i wskazówek mojej mamy, która brała udział w tegorocznej pielgrzymce z Klenicy. Wszystko miałam gotowe. Czas ruszać!
O godzinie 6 rano konkatedra p.w. św. Jadwigi była całkowicie wypełniona. Siedmiuset wiernych ( w tym 39 osób z Sulechowa) pozostawiło swoje troski, problemy, obowiązki, przyjemności i rozpoczęło swoje pielgrzymowanie od uczestnictwa we Mszy Świętej. Nie będę ukrywać, że już wtedy się denerwowałam. Miałam obawy, czy dojdę. Wysłuchałam słowa skierowanego przez księdza biskupa Edwarda Dajczaka. Pobłogosławiona, pełna wiary, miłości, nadziei, ale i wątpliwości ruszyłam ulicami Zielonej Góry "Z Maryją do Jezusa - źródła wszelkiej nadziei". Słowa te były, bowiem hasłem XXIII Pieszej Pielgrzymki z Zielonej Góry na Jasną Górę.
Żegnana przez mieszkańców i mamę jeszcze w oddali słyszałam ciche błogosławieństwa: "Szczęść Boże, Maryjo prowadź". W oczach innych pątników zauważyłam determinację, wątpliwości, pełną gotowość, jak i również ukradkiem ocierane łzy. Podążaliśmy w tłumie, ale każdy zagłębiony był w modlitewnej ciszy. Uświadamialiśmy sobie, że zaczął się ten niezwykły, długo oczekiwany czas. Czas modlitwy, wzajemnej życzliwości, okazywania miłości Bożej poprzez pomoc bliźniemu, a także doskonałą lekcję pokory.
Podążaliśmy w 8 grupach (czerwonej, błękitnej, fioletowej, zielonej, biało-czerwonej, białej, biało-żółtej i biało-zielonej). Ja maszerowałam w tej ostatniej, żartobliwie zwanej "mizerią", później dołączyła do nas jeszcze grupa zielono-żółta z Rawicza. Nasza grupa była grupą akademicką, złożoną z dwóch duszpasterstw: DA STUDNIA z Sulechowa z ks. K. Koczem (notabene kierownikiem całej pielgrzymki) i DA STODOŁA przy parafii św. Józefa Oblubieńca w Zielonej Górze z ks. Grzegorzem Miśko. Byliśmy drugą pod względem liczebności grupą. W biało-zielonej przeważały osoby młode. Mieliśmy dwie flagi i znak. Już pierwszego dnia poczułam się wyróżniona. Zostałam chorążym. Dano mi do niesienia znak, świadomie się na to zgodziłam. Wydawało mi się, że będzie to jakiś rodzaj pokuty, ale jednocześnie mój wkład wniesiony w tę grupę, sposób podziękowania dla organizatorów i uczestników za umożliwienie mi uczestnictwa w tym cudownym wydarzeniu.
Pielgrzymka przyniosła mi także chwile wzruszenia. Widok rozpłakanych mieszkańców miast i wsi, przez które przechodziliśmy, przesmaczne jedzenie szykowane specjalnie dla nas, ogrom niesamowitej serdeczności ludzi mijanych i tych, którzy wędrowali razem ze mną, moc uśmiechu drugiego człowieka pozostaną na zawsze w mojej pamięci a szczególnie w sercu.
Każdego dnia zastanawiałam się nad swoim dotychczasowym zachowaniem. Konferencje przygotowane przez naszych księży zmuszały do refleksji nad samym sobą. Nieraz po policzku spłynęła łza, gdy ktoś z nas zdał sobie sprawę jak bardzo kogoś skrzywdził, jak obraziliśmy Boga swoim postępowaniem.
Maszerowaliśmy w różnych warunkach atmosferycznym. Czasem było mi niesamowicie gorąco i marzyłam o wskoczeniu do zimnej wody. Mocny wiatr i grzejące słoneczko sprawiły, że schodziła mi z nosa skóra. A innym razem z nieba lał się deszcz. Nie myślałam o tym, że mam całe mokre i zimne stopy. Czas był tak zorganizowany, że nie było, kiedy o tym myśleć. Dużo zawdzięczam naszym muzycznym. Gdyby nie oni, to nie wiem, czy dałabym radę. Maszerowanie w ciszy, bez śpiewania, byłoby czymś zupełnie innym i cięższym. Nasze muzyczne sprawiały, że ból schodził na dalszy plan. Przez 340 km udowodniliśmy, że można modlić się na wesoło. Klaskać, tańczyć, śpiewać. My nie przeszliśmy 340 km. My je po prostu przetańczyliśmy. A pielgrzymkowe pieśni jeszcze do tej pory nucę pod nosem…
Sami nie dalibyśmy sobie rady. Nad całą pielgrzymką czuwał kierownik - ks. Kocz. Ksiądz Krzysztof maszerował razem z nami i gdy na chwilę przestawaliśmy śpiewać ksiądz przejmował mikrofon i słychać było:"Jedzie Johny macha lassem(…)". Utwór ten stał się ewidentnym przebojem naszej grupy. Wielkie podziękowania należą się naszym porządkowym, którzy czuwali nad naszym bezpieczeństwem i sprawami technicznymi, takimi jak sprawy nagłośnieniowe. Bardzo brakuje mi okrzyków: "Siostry, bracia łączymy", czy też "Kabelek". Porządkowi także chętnie z nami rozmawiali, obdarzali życzliwym uśmiechem, który dodawał sił. Aby każdy, i ten idący na początku i ten na końcu, mógł wysłuchiwać konferencji lub śpiewów, potrzebni byli tubowi. Tak się złożyło, że bardzo chciałam nieść tubę. I zrealizowałam swój zamiar. Jako jedyna dziewczyna w grupie ją nosiłam. Niektórzy nie kryli zdziwienia widząc mnie uśmiechnięta, trzymająca w rękach głośniki. Wydaje mi się, że dzięki temu czas jakoś szybciej mijał. Moja uwaga była skupiona na tubie i kabelku. Nie na bólu i zmęczeniu.
Jestem również bardzo wdzięczna osobom z kuchni. Ich jedzenie naprawdę było smaczne. Nigdy nie odchodziłam głodna, bo wiedziałam, że można liczyć na dokładkę : Nie wyobrażałam sobie rozpoczęcia kolejnego dnia pielgrzymki bez wypicia kubka słynnej przesłodzonej herbatki.
Cały czas jestem pełna podziwu dla osób z "sanepidu". To oni sprzątali po nas toalety i sale. Czuwali, aby miejsca. w których nocujemy lub odpoczywamy zostały w jeszcze lepszym stanie, niż ten, w jakim je zastaliśmy. Dbaliśmy jednak o to, aby nie mieli wiele pracy.
Nie wspomniałam jeszcze o stałym towarzyszu każdego pątnika - bólu. Po dotarciu do Siedliska - na nasz pierwszy nocleg miałam tylko jednego maleńkiego pęcherzyka, którego w ogóle nie czułam. Miałam ogrom niesamowitej energii- chciało mi się skakać i biegać. Pierwsze problemy zaczęły się w Rawiczu. W okolicach kostki wyczułam jakąś gulkę. Gdy dotykałam, bolało. Nie przejęłam się tym jednak, gdyż podczas moich ukochanych górskich wędrówek zdarzały mi się jakieś kontuzje. Zdecydowałam się jednak pójść do punktu medycznego, pokazałam nogę lekarzowi. Ten nie miał dla mnie dobrych wiadomości. Stwierdził, że jeśli nie chcę wracać do domu z zapaleniem ścięgna, to powinnam następny dzień sobie odpuścić i pojechać autobusem. Zupełnie nie dopuszczałam takiej myśli do swojej głowy. Moja ambicja nie pozwalała mi na to. Z drugiej strony, gdzieś tam w głębi czułam, że nic mi nie grozi, że ból jest chwilowy i przejdzie. Uparłam się i dalej wytrwale szłam, wbrew zaleceniom lekarza…
Największy kryzys przyszedł ósmego dnia pielgrzymki. Podczas najdłuższego, liczącego blisko 50 km, etapu z Kępna do Wielunia. Pogoda była wtedy bardzo zmienna. Raz świeciło słońca, a raz lało. Przez te różne warunki na moich piętach pojawiły się ogromne pęcherze. Gdy dotykałam stopą o ziemię, przechodził przeze mnie przeszywający ból. Miałam ewidentny kryzys. W mojej głowie zrodziła się myśl, aby wsiąść do autobusu. Ale wewnętrzny głos mówił:" Ola, dasz radę, nie możesz się poddać". Skupiłam się na modlitwie, prosiłam o wytrwałość, ledwo wstrzymywałam się od płaczu. Zniecierpliwiona oczekiwałam, kiedy ujrzę miejscowość, w której śpimy. Gdy zobaczyłam tablicę z napisem "Wieluń" ogarnęło mnie niesamowite szczęście i na chwilę zapomniałam o bólu. Wieczorem, nie mogłam doczekać się, kiedy będzie czynny punkt medyczny. Podczas opatrywania moich stóp nie wytrzymałam. Po moich policzkach popłynęła jedna łezka, dwie, a potem wybuchłam płaczem. Powtarzałam sobie, że to cierpienie jest w pewien sposób dla nas, wszystkich pielgrzymów, łaską. Wierzyłam, że warto ofiarować ból, warto ofiarować siebie… Jak powiedział kiedyś Jan Paweł II: "Cierpienie należy do ludzkiego losu".
Na pewno nigdy nie zapomnę o czasie pielgrzymowania. Szczególnie w mojej pamięci utkwił ostatni dzień. Dzień, w którym wchodziliśmy na Jasną Górę. Wyruszyliśmy bladym świtem. Byłam nasycona różnymi emocjami. Dawało o sobie znać lekkie zdenerwowanie. Cieszyłam się, bo wiedziałam, że dam radę. A także odczuwałam smutek, że to już koniec. Koniec tego niezwykłego czasu. Smuciłam się, że muszę pożegnać się z niezwykłymi ludźmi, których tu poznałam. Ludźmi, którzy tak jak ja kochają Chrystusa, nie wstydzą się swojej wiary. Zamyślona, pełna nadziei i ufności maszerowałam podziwiając piękny wschód słońca. Każdy z nas przygotowywał się na spotkanie z Maryją. A gdy na horyzoncie pojawiła się wieża Sanktuarium wypełniła mnie euforia. Miałam ochotę biec, by jak najszybciej dotrzeć do Matki. Łzy cierpienia zamieniły się w łzy szczęścia. Śpiewałam, nie ja wręcz wykrzykiwałam nasze ulubione pieśni. Ogarniało mnie niesamowite szczęście. Aż nie pamiętam dokładnie, co się ze mną działo.
Po wejściu na wały poczułam, że nie jestem bezsilna. Cały trud, który zniosłam ofiarowałam w wybranych intencjach. Wiedziałam, że dzięki temu, że ja cierpię, mogę pomóc komuś innemu, uczynić go szczęśliwym. To sprawiło, że czułam radość, prosiłam o większe cierpienie, jeśli to może pomóc innym…
Czego nauczyła mnie pielgrzymka? Wędrowanie jest najwspanialszą lekcją, w której możemy uczestniczyć. Nauczyłam się pokory. Teraz mam w sobie większą wytrwałość i cierpliwość. Zdałam sobie sprawę, że nasze życie jest ciągłą pielgrzymką. Często upadamy, załamujemy się. Brakuje nam wytrwałości i cierpliwości. Jedni się poddają, drudzy krok po kroku osiągają swój cel. A na końcu tej drogi czeka na nas zbawienie, ogromna radość.
Pod cudownym obrazem zdałam sobie sprawę, że to nie jest koniec pielgrzymki. Wprost przeciwnie, ona dopiero teraz się zaczyna…
Dziękuję Ci, Panie za ten niezwykły dar, którym zostałam obdarzona, za dar pielgrzymowania.
A na Jasną Górę powrócę za rok… Na pewno…

Aleksandra Kozyra


copyright © 2004